• Wpisów:144
  • Średnio co: 15 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 16:58
  • Licznik odwiedzin:24 975 / 2306 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
-Bilet do metra-10 zł
-Czapka-100 zł
-widok płonącego budynku PZPN-bezcenne xddd
 

 
http://zdjecia-humor-ciekawe-wpisy.bloog.pl Dopiero zaczynam i zależy mi na odwiedzinach ;)
 

 
Wstęp
Ten dzień dla niektórych mógł stać się początkiem koszmaru. Ale dla innych mógł być początkiem wielkiej przyjaźni. Jak to możliwe, że taka zwykła dziewczyna jaką była Mohini pomogła pięciorgu zagubionym dzieciom? Tak się jednak mogło stać. W pewien chłodny wtorek nastał czas, który zmienił w życiu Mo wszystko…

Rozdział I
Usha
Tak, Mohini to moja córka. Z Kirshaanem przyjechaliśmy do Noewego Jorku osiemnaście lat temu. New Delhi to był istny koszmar. Cały czas przestępstwa. Dzień, w którym Mo spotkała te dzieciaki stał się najgorszym dniem w moim życiu. I zdania o tym nie zmienię. Nigdy nie pogodzę się z tym, ze moja córka, tak poukładana, mądra dziewczyna skończyła z kimś takim jak ONI! Nigdy się z tym nie pogodzę…
Mohini
Ten dzień zapowiadał się całkiem zwyczajnie. Obudziłam się o 6.00, żeby zdążyć jak zwykle na autobus. Tak strasznie nie chciałam tam iść. Rasiści. Wszędzie rasiści. No trudno. Idąc na manhattański przystanek zobaczyłam ich. Biedne dzieci. Wszystko robią na ulicy. Jedzą, śpią nawet sikają. Jezu! W szkole też to samo. Nie wiem, dlaczego, ale ze szkoły postanowiłam pójść na nogach z Ashą. Jedyną dziewczyną z Indii w mojej klasie. I zobaczyłam panią Petrovsky- Rosjankę w podeszłym wieku. Nie miała do tych dzieci za dobrego podejścia. I nie dały zmienić o sobie jej zdania, bo ukradli jej dwie bułki.
-Wy wandale! Policja, policja! Złodzieje!
Niewiele myśląc podbiegłam do niej siląc się na spokój.
- Proszę pani, proszę pani! Ja zapłacę. Ile za te bułki?
- Dwa dolary.- odparła z lekka zaskoczona.
Wręczyłam jej pieniądze i podeszłam do młodocianych „przestępców”.
-Hej, dzieciaki. Nie wiecie, że nie wolno kraść? Gdzie wasi rodzice?
Z rzędu wyszedł chłopiec. Był najwyższy i wyglądał na chińczyka.
- Nie mamy ich…
A potem uciekli. Asha podeszła do mnie.
- Wiesz, że rodzice nie wybaczą ci, że z nimi rozmawiałaś?
- Mam gdzieś co oni mi wybaczą, a co nie!
-Okej, nie wściekaj się.
-Kurczę, zaprosiłabym cię na ciacho, ale po tej akcją z panią Petrovsky, zostały mi tylko dwa dolce. Ta indyjska kawiarnia jest droga.
- Weźmiemy na pół.- uśmiechnęła się Asha.
Kiedy znalazłyśmy się w kawiarni, złożyłam zamówienie:
-Eka keka.
-Du dolar.
-Yaham apa kara rahe haim.
-Śukli
Podeszłam do stolika Ashy. Poszła do toalety, więc siedziałam sama. Spojrzałam w okno i zdębiałam. Tam były te dzieci. Otaczały coś. Po dłuższym przyglądaniu się zobaczyłam, że to nie COŚ a KTOŚ. Ludzie przechodzili obok nich obojętnie, nikt się nie zatrzymał. Niewiele myśląc wybiegłam z kawiarni. Po chwili słyszałam głos Ashy:
-Mo! Mo! Gdzie biegniesz?!
-Pomagać ludziom!- odkrzyknęłam, może bezsensu.
Kiedy tam podbiegłam, powiedziałam:
-Odsunąć się!
I to było chyba najgorsze co dotąd powiedziałam. Kiedy dzieciaki się odsunęły zobaczyłam najwyżej pięcioletnią dziewczynkę. Nogi miała powyginane pod niewyobrażalnymi kątami. Ubranie było postrzępione. Głowa tonęła we krwi.
-Jak to się stało?- spytałam słabym głosem.
-Chciała uciec przed tymi chłopakami.- wskazała palcem Roko i Drake’a, chłopców z mojej klasy.
Stali po drugiej stronie ulicy z wielkimi oczyma. Podbiegłam do nich i niewiele się zastanawiając walnęłam jednego w twarz, a drugiemu wykręciłam rękę.
-Co wy sobie myślicie? To jest zwykłe dziecko. Co wam do tych tępych łbów strzeliło, żeby tak ją straszyć. To dziecko! To tylko dziecko.- powtórzyłam nieco ciszej.- Może chociaż zadzwonicie po pogotowie? Suara! Tuma hamera ki taraha bevakupha haim!
-Ale… ale… my nie… wiedzieliśmy. My nie chcieliśmy. To… to… było niechcący.- próbował się tłumaczyć Drake.
-Wy idioci! Ona może zginąć. Dawaj telefon!- wrzasnęłam do Roka.
-Nie... nie... nie mam.
-Kłamiesz!- szarpnęłam go za kieszeń i wyciągnęłam nowoczesnego samsunga. Dzwonie na 112. Czekam.
-Halo.
- Tutaj Mohini Śukliona. Chcę rozmawiać z pogotowiem.
-Momencik.
Po chwili w słuchawce odzywa się kobiecy głos.
-Słucham.
- Mówi Mohini Śukliona. Na ulicach Manhattanu, Parker Street,obok domu kultury leży pięcioletnia dziewczynka. Wpadła pod samochód.
-Obok domu kultury na Manhattanie, Parker Street?
-Tak, dokładnie.
- Dobrze, już wysyłamy karetkę.Proszę się stamtąd nie ruszać.
Kątem oka zauważam Drake'a i Roka próbujących się wymknąć.
-Stop. Po pierwsze:telefon. Po drugie: ze mną!
Wzięłam ich za nadgarstki i przeleciałam przez ulicę.Sprawdziłam oddech małej. Nie było go. Zrozpaczona walnęłam ją z całej siły w klatkę piersiową. Objęłam jej usta moimi ustami i zaczęłam pompować powietrze. Zebrał się niezły tłumek, który... się śmiał! Dopiero,gdy przyjechał ambulans zrozumieli,że to nie żarty. Nagle straciłam oddech. Zamglonymi oczyma spojrzałam po wszystkich. A potem pustka. Pustka...
 

 
Źródło chyba wszystkim wiadome ;)
 

 
Źródło:chyba wiecie ;)